
„KRÓL STAŚ”
„Wielkim był Stanisław August jako artysta,
małym jako człowiek,
zbrodniarzem jako polityk”
Stanisław Cat Mackiewicz
Minęła właśnie kolejna rocznica Konstytucji 3-go Maja. W telewizji, radiu i prasie przetoczyły się znów „ochy” i „achy” nad naszym ostatnim królem. Niewiedza? Manipulacja? Zła wola, czy celowe działanie?
Przyjrzyjmy się zatem naszemu ostatniemu władcy. Nie będzie to żadne odkrywanie Ameryki – fakty są znane od połowy XIX wieku kiedy to udostępniono badaczom archiwa berlińskie, wiedeńskie i petersburskie. Ukazało się wtedy fenomenalne dzieło Aleksandra Kraushara „Książe Repnin i Polska”. Jak wiadomo stolnik litewski Stanisław Poniatowski został tylko dlatego królem, że był w młodości kochankiem carycy Katarzyny II. To wtedy caryca doskonale poznała jego słabość charakteru i stwierdziła, że będzie jej narzędziem rosyjskich wpływów. Intronizacja odbyła się pod groźbą rosyjskich bagnetów, wsparta przekupionym sejmem (to akurat nic nowego na tym ziemskim padole – patrz czytelniku na dzisiejsze dziwne ustawy „zaklepywane” przez nasz (?) sejm). Przez pierwsze dwa lata Stanisław August współpracował z Familią Czartoryskich – rzeczników programu reform Rzeczypospolitej. Niestety jego słabość i strach przed carycą skłoniła go do zerwania stosunków z Czartoryskimi. Odtąd zaczęło się pogłębiać uzależnienie króla od dworu rosyjskiego. Coraz bardziej uzależniał się od ambasadorów Rosji i obecności na ziemiach Rzeczypospolitej wojsk imperatorowej. Przez wszystkie swoje lata panowania był wykonawcą rozkazów płynących z Petersburga.
Dla przykładu treść jednej z depesz ambasadora rosyjskiego wysłanej z Warszawy do Petersburga. „Zapewniam, że uległość jego dla nas jest bezgraniczna”
Aleksander Kraushar: „Przy każdej sposobności dawno mu odczuć, że nie powinien zbytnio korzystać z praw majestatu królewskiego, że jest jedynie wykonawcą instrukcji dawanych z Petersburga”. Stanisław Poniatowski realizował własne małostkowe interesy polityczne wbrew racji stanu Rzeczypospolitej. Przeciwko własnemu narodowi potrzebował pomocy politycznej i militarnej oraz finansowej z zagranicy – najpierw od dworu rosyjskiego, potem od bankierów krajowych i zagranicznych ( co urosło w końcu do monstrualnej na owe czasy sumy prywatnego zadłużenia króla w wysokości 33 milionów zł !) Zostało bezspornie dowiedzione, że na każdym rozbiorze Poniatowski robił świetny interes finansowy. Publicznie łkał i załamywał ręce jednocześnie napychając swoją prywatną kabzę. Opisał to inny historyk najwyższej klasy – Szymon Askenazy (Żyd no i co z tego panowie narodowcy?).
To, że przystąpił do zwolenników Konstytucji i za chwilę do Targowicy było zwykłą grą dwóch obozów. I w jednym i w drugim przypadku wykorzystano jego słabość do kobiet, którym zawsze bardzo ulegał.
Do roku 1939 ostatni nasz(?) król miał z reguły bardzo złą „prasę” naukową i publicystyczną. Dopiero po 1945 roku zaczęto wychwalać Stanisława Poniatowskiego jako znakomitego mecenasa sztuki (jakoby był ministrem kultury, a nie ostatnim królem), „zapomniano”, że po roku 1795 nie było możliwości zwołania sejmu polsko-litewskiego a tylko jeden człowiek reprezentował Rzeczpospolitą i od niego tylko zależało podpisanie zgody na trzeci rozbiór Polski. Stanisław August nie dorósł do wielkiego wyzwania dziejowego, złożył swój podpis i abdykował (otrzymał obietnicę spłaty swoich monstrualnych długów). Z takim właśnie dorobkiem przeszedł do historii. Rozumiem, że w PRL-u całowanie sowietów w „cztery litery” było często uwarunkowane strachem i zwykłym lizusostwem a pisanie prawdy historycznej polegało na pomijaniu niewygodnych faktów.
Mamy rok 2018 i w dalszym ciągu zalewa nas bełkot o „AUGUŚCIE” i jego zasługach. Czy już nikt z dzisiejszych publicystów, dziennikarzy nie korzysta ze źródeł historycznych? To tyle w sprawie „woskowej kukły” ( tak z lubością nazywała króla Stasia jego była kochanka Katarzyna II .
Naruszewicz tę jego działalność opisał bardzo celnym dwuwierszem:
„Królowałeś, o Panie,
A kto inny władał”.
