
Ze Sławomirem Gralką, kolekcjonerem i wielbicielem twórczości Waldemara Łysiaka, rozmawia Piotr Piorun.
– Od czego zaczęła się pańska fascynacja Waldemarem Łysiakiem?
– Od „Wysp zaczarowanych”, które przeczytałem w 1988 roku. Książka, niepodobna do innych, jest relacją autora z podróży po Italii, pełną odniesień do wieków XVIII i XIX, historii i kultury Włoch, epoki napoleońskiej, Napoleona, którego Łysiak był i jest ogromnym wielbicielem.
– Czy jest w dorobku autora pozycja szczególnie ważna dla pana?
– Naprawdę, w tym przypadku trudno wartościować. Cenię sobie bez wyjątku wszystkie książki napisane przez Waldemara Łysiaka, ale gdybym miał wybrać, byłyby to dwie pozycje. Pierwsza to „Kielich”, powieść z pozoru o poszukiwaniu Świętego Graala, a tak naprawdę o feminizmie, z anty postępowym przesłaniem, fascynująca, wielowątkowa. Druga to „Malarstwo białego człowieka”, wykład na temat historii sztuki, malarstwa. Na marginesie – książka miała być wydana na Zachodzie pod warunkiem zmiany „rasistowskiego” tytułu, na co autor się nie zgodził.
– „Malarstwo…” – przyzna pan, że dla pasjonatów historii, polityki, Napoleona tytuł niekoniecznie zachęcający…
– Być może, ale zawartość wynagradza z nawiązką ewentualne błędy marketingowe (śmiech). Przy okazji – to dowód na ogromną wszechstronność Łysiaka.
–Nie jestem tak wielkim fanem Waldemara Łysiaka jak pan, ale kilka jego książek mam w swojej bibliotece. Na przykład „Asfaltowy saloon”, chyba pierwsze polskie wydanie z 1980 roku, relacja autora z podróży po Stanach Zjednoczonych, po miejscach kultowych, historycznych. Ciekawy opis łączący teraźniejszość Ameryki z odniesieniami do czasów historycznych. Jako dziennikarz i politolog cenię sobie „Stulecie kłamców” oraz „Rzeczpospolitą kłamców – Salon”, wnikliwe studium manipulacji dokonywanych na naszej świadomości przez media. Czytałem też „Szachistę”, prawie gotowy scenariusz na doskonały film. Czytał pan „Szachistę”?
– Czytałem wszystkie książki autora, w końcu jestem „number one” (śmiech). Na marginesie – słyszałem o pomysłach amerykańskiej wytwórni na sfilmowanie „Szachisty”, z czego jak wiadomo, nic nie wyszło.
– Co pana najbardziej ujmuje w twórczości Waldemara Łysiaka ?
– Trudno odpowiedzieć. Zawsze dużo czytałem, ale kiedy wziąłem do ręki „Wyspy zaczarowane” poczułem pewien rodzaj magnetyzmu, coś, czego nie da się opisać słowami, zdefiniować. Ta fascynacja utkwiła na dobre w mojej podświadomości. Oczywiście, dla mnie Waldemar Łysiak zawsze będzie człowiekiem o ogromnej wiedzy, erudycji, mistrzem słowa. Współczesnym człowiekiem renesansu.
– Spektrum zagadnień jakie porusza w swojej twórczości, jest rzeczywiści olbrzymie. Dla mnie jest np. wnikliwym obserwatorem polskiej i globalnej sceny politycznej, który potrafi zajrzeć głęboko za kulisy wydarzeń i odsłonić mechanizmy polityki.
– Tym polecałbym trylogię „Dobry”, „Konkwista” oraz „Najlepszy”, w której, w stylu Fredericka Forsytha, opisuje rzeczywistość polityczną lat 80 i 90. W „Najlepszym” „przejechał się” po Adamie Michniku i naraził środowisku „Gazety Wyborczej”. W konsekwencji stracił posadę wykładowcy na Politechnice Warszawskiej, gdzie wykładał historię sztuki. To taki mój wkład do dyskusji na temat, czy w III RP istnieje wolność słowa. Od tego czasu, czyli od 1992 roku, żyje tylko z pisania.
– Jest chyba jednym z nielicznych twórców, którzy utrzymują się z pisania…
– Na uwagę zasługuje to, że Łysiak to pisarz „zamilczany”, omijany przez krytyków. Dlaczego? Bo jest bezkompromisowym, zdeklarowanym antykomunistą, który nie oszczędza również prawej strony jeśli trzeba. Dla innych taki środowiskowy ostracyzm oznaczałby „pisarską śmierć”. Ale nie dla Waldemara Łysiaka. Napisał prawie 60 książek, kilkaset artykułów prasowych, felietonów. Jest marką samą w sobie, jego książki sprzedają się w setkach tysięcy egzemplarzy, co w dzisiejszej rzeczywistości – przy ogólnej niechęci do czytania – jest niezwykłe.
– Autor jest znany również ze swego uwielbienia dla Napoleona oraz Piłsudskiego. Pan podziela te fascynacje?
– Jeśli dziś mam do tych postaci dużo szacunku, to wielka w tym zasługa Mistrza. Na pewno nie zawdzięczam tego szkolnej edukacji. Przeciwnie. Jak wiadomo w PRL obaj byli tendencyjnie zwalczani i opluwani. Zainteresowałem się Napoleonem i Piłsudskim, bo przekonał mnie do nich właśnie Waldemar Łysiak. Pod „ciężarem argumentów” pozbyłem się wszelkich wątpliwości w ocenie tych dwóch wielkich postaci.
– Waldemar Łysiak jest znanym eremitą, a jednak pan poznał go osobiście. W jakich okolicznościach doszło do tego spotkania?
– To było na targach książki w Warszawie w 2000 roku. Mistrz był oblegane przez mnóstwo ludzi, podpisywał książki. Podpisał również moją. Ale do większej zażyłości, jeśli tak mogę to określić, doszło dopiero trzy lata później, podczas promocji książki „Empireum”. Byłem wtedy razem z żoną. I o dziwo, Waldemar Łysiak rozpoznał nas, co było dla mnie bardzo miłe. Porozmawialiśmy dłużej. Od tej pory jestem czytelnikiem „numer jeden”, co dokumentuje stosowna dedykacja.
–Zbiera pan również artykuły prasowe…
– Mam w swojej kolekcji 80% artykułów napisanych przez Mistrza, począwszy od pierwszego, który ukazał się w 1969 roku. Pisał do „Stolicy”, „Kontynentów”, „Razem”, „Dookoła Świata”, „Architektury”, czasopism historycznych. W Kaliszu nie ma wielu możliwości aby uzupełniać kolekcję. Dlatego pozostaje Warszawa, Kraków, ewentualnie Allegro. Najtrudniej zdobyć te z lat 1969-82.
– Czyli nie jest to tanie hobby…
– Nie odpowiem, bo ten artykuł będzie z pewnością czytała moja żona (śmiech). A na poważnie, kolekcjonerstwo uczłowiecza i rozwija. Każdy nowy artykuł to potężny zastrzyk wiedzy, a zdobycie kolejnego wywołuje nie mniejsze emocje niż polowanie na grubego zwierza. Tego nie da się po prostu policzyć. Natomiast mam wszystkie książki i większość z autografami. Na marginesie, w dwóch książkach, mianowicie w „Salonie 2” i „Mitologi świata bez klamek” są zamieszczone zdjęcia Waldemara Łysiaka mojego autorstwa, co jest uwiecznione na stronach przedtytułowych.
–Jest w Polsce drugi taki pasjonat, jak pan?
– Ja nie znam.
– Ale czyta pan nie tylko Łysiaka?
– Oczywiście, czytam dużo literatury historycznej, obejmującej głównie mój ulubiony XIX wiek, okres międzywojenny, II wojny światowej, powstania warszawskiego. Zgłębiam też historię członków powojennego podziemia niepodległościowego. Ale najważniejszy jest i będzie Waldemar Łysiak, mój Mistrz, który na wiele spraw otworzył mi oczy.
– Waldemar Łysiak to także jeden z największych polskich bibliofilów…
– To prawda. Posiada w swoich zbiorach m.in. jedyny znany pierwodruk „Trenów” Jana Kochanowskiego z 1580r.
– Dziękuję za rozmowę.
– Ja również dziękuję i zachęcam wszystkich do czytania książek, zwłaszcza tych napisanych przez Mistrza Waldemara. Gorąco polecam również 2 tom „Bajek dla małych i dużych”, który ukaże się za kilka dni.
ŻYCIE KALISZA nr 12, 25.03.2015r.
